Dziś więcej przemyśleń niż konkretów. Przy okazji, napisać, że rzadko piszę to oczywista oczywistość. Każdy z Was to widzi, choć będę zrzucać to na karb braku energii. Przyznaję, że mi trochę z tym źle. Ale mam prawdziwą…

Pustkę w głowie

Jeśli mam pisać, to wolę, aby były to konkrety niż całkowite lanie wody. Choć zdaję sobie sprawę z tego, że mam delikatne ciągoty do filozofowania, nie chciałabym opierać na tym całego bloga. Nie chcę, aby wszystko, co tu zamieszczam, było tekstami o niczym. Istnieje jednak prawdopodobieństwo, że dziś tak się właśnie stanie.

Pisanie bloga jest czymś w rodzaju mojego hobby. Nie raz podkreślałam, że chcę pisać wtedy, gdy mam na to ochotę. Chcę uniknąć sytuacji, że przygotowywanie wpisów stanie się dla mnie obowiązkiem. Wówczas bez wątpienia cała przyjemność z tego płynąca, zniknie.

Ponieważ piszę, gdy mam na to ochotę, nie przygotowuję sobie żadnych scenariuszy, planów, zarysów ani nic takiego. Po prostu siadam i przelewam to, co mam w głowie na wirtualny papier. Problem polega na tym, że jest jesień, zbliża się zima, a dla mnie oznacza to totalne zniechęcenie do czegokolwiek. Przy okazji, dosłownie, mam pustkę w głowie, jeśli chodzi o tematy, na które chcę i mogę pisać. Choć mogę to robić na wiele tematów, obecnie brakuje mi do tego weny i energii.

Poczekalnia

„Pomysł” na dzisiejszy wpis wpadł mi do głowy dość spontanicznie, gdy czekałam na wizytę u fizjoterapeuty. Nawet pierwsze słowa zaczęłam pisać na telefonie, ale przyszła moja kolej na wejście do gabinetu. Więc tam powstał tylko tytuł i wstęp. Resztę dorzucam w domu. Choć pustka z głowy nadal całkowicie nie zniknęła.

Naprawdę nie znoszę jesieni. W przeciwieństwie do części moich znajomych, od których słyszę jaka to jesień nie jest cudowna. Owszem, widzę te wszystkie kolory na drzewach i krzewach. Jednak jesień jest dla mnie tylko okresem przed zimą. Zimę natomiast muszę przetrwać, tylko po to, aby doczekać do wiosny i lata. To są moje pory roku. To wtedy czuję się najlepiej.

Niestety tego, że w Polsce mamy taką jesień i zimę, nie zmienię. Może kiedyś zmienię Polskę na kraj, gdzie te pory roku wyglądają nieco inaczej – to marzenie nigdy mnie nie opuści. Przynajmniej do czasu, aż je spełnię. Natomiast póki co, pozostaje mi znoszenie tego co jest, czyli głównie braku słońca.

Brak ten jest dla mnie w tym roku szczególnie dotkliwy, ponieważ często uniemożliwia mi fotografowanie. Jak wspomniałam w kilku poprzednich wpisach, sporą część wolnego czasu wiosną i latem tego roku, poświęciłam właśnie robieniu zdjęć. Często do pracy zabierałam aparat, po to, aby jeszcze po wyjściu z biura, złapać kilka kadrów.

(I znowu niestety) urok polskiej zimy jest taki, że już po 15:00 robi się ciemno, więc robienie fot po pracy odpada. Oczywiście, są sposoby na robienie zdjęć w nocy, jednak nie jest to moja bajka. To, w czym czuję się najlepiej, to łapanie robaczków, pajączków i kwiatuszków w kadrach makro.

Jesienna depresja

Jasne, że na mój negatywny nastrój i brak energii wpływa nie tylko brak możliwości robienia zdjęć. Główny negatyw jest taki, że jest zimno. A ja nie lubię, gdy jest zimno. Słońce + ciepło to mój klimat. Do tego dochodzi wszystko, co jest związane z tym powalonym rokiem. Czyli np. mocne ograniczenie możliwości wyjazdów.

Pewnie, mogę na ryzyko kupić bilet i mieć na uwadze, że nie polecę albo będą się z tym związały jakieś komplikacje. Jednak dla mnie najważniejszy jest spokój ducha. Jeśli mam gdzieś lecieć lub wyjeżdżać z obawami z tyłu głowy, to wolę całkiem zrezygnować z tego luksusu. Poczekam na lepsze czasy.

Chyba każdy z nas wierzy i trzyma kciuki za to, aby przyszły rok był choć trochę lepszy od (teraz już chyba) legendarnego roku 2020. Ponoć każde pokolenie musi mieć swoją „przeprawę”. Oczywiście, to co nam serwują obecne czasy, nie jest najgorszą opcją. Nie znaczy to jednak, że mamy się w tym szambie urządzać i wmawiać, że tak ma być. Po prostu musimy to przetrwać.

Minimalizm po niemal dwóch latach

Cóż, dalej uważam się bardziej niż mniej za minimalistkę. Choć, jak zawsze, i w tym aspekcie jestem dość liberalna. Tzn., że nie spędzam każdej wolnej chwili na zakupach, czy to stacjonarnych czy internetowych. Staram się też całkiem zużywać rzeczy, zanim kupię nowe. Choć nadal nie zebrałam się w sobie, aby wystawić część moich ubrań na sprzedaż.

To moje zniechęcenie i brak chęci do czegokolwiek zaczyna mnie już trochę denerwować…

Prawie 2 tygodnie później

Tyle mniej więcej minęło, odkąd napisałam poprzednie akapity. Wróciłam od fizjoterapeuty, zaczęłam pisać i nagle 'bah', koniec weny. Myśli zaczęły mi świrować i nie mogłam zebrać ich do kupy. Więc robię podejście drugie do tego wpisu, ponieważ nie chcę, aby to co naskrobałam do tej pory, poszło na zmarnowanie.

Nie będę też udawać, że wpis powstał podczas jednego posiedzenia, bo tak nie było. Może dzięki temu będziecie mieć lepszy obraz tego, jak bardzo brakuje mi obecnie weny. I energii na myślenie. Koniec roku zawsze jest dla mnie jednym z najgorszych okresów w roku. Zawsze wtedy psuje mi się w życiu najwięcej rzeczy. Na szczęście, obecnie nie mam samochodu, w który zapewne musiałabym włożyć kilka tys.

Nie chcę przesadzać z uderzaniem w depresyjne tony. Do tego mi daleko. Nie zmienia to jednak faktu, że nie jest to okres, w którym czuję się najlepiej. A przecież zbliżają się święta. Pełne magii, miłości, rodzinnych spotkań, uśmiechów. No nie… nie ta bajka.

Brak energii

To jest chyba najbardziej dotkliwy i denerwujący problem. Gdyby nie to, wiele rzeczy samo by się układało. Niestety, czuję przeogromne zmęczenie materiału. Może zmiana diety pomoże? Byłam przez jakiś czas na diecie bezglutenowej i bez nabiału. Niby czułam się wtedy całkiem nieźle, dlatego po krótkiej przerwie wróciłam do diety, ale nie jest ona już tak restrykcyjna. Być może, czas to zmienić…

Ogólnie mam kilka mniej lub bardziej ambitnych planów, jednak przez to moje chroniczne zmęczenie, odkładam je w czasie. Będę szczera, czuję totalne zniechęcenie do jakichkolwiek nadprogramowych działań. Co dodatkowo mnie mega frustruje, bo mam wrażenie, że czas przepływa mi przez palce. A ja nie idę do przodu.

Minimalizm po niemal dwóch latach vol. 2

Tu chyba powinien nastąpić moment, gdy skończę myśl zaczętą niemal dwa tygodnie temu. Oczywiście, nie jest to możliwe przy ilości myśli jaka przewija mi się przez głowę. Jednak sens tamtego wpisu miał być taki, że nadal walczę o swój minimalizm. Przynajmniej w życiowym aspekcie. Cały czas staram się więcej rzeczy ze swojej szafy zużywać, niż do niej dokładać.

Wciąż jednak czekam na swój niepodległościowy zryw, gdy wystawię wszystkie zbędne ubrania na sprzedaż. Tak jak sobie to zaplanowałam kilka miesięcy temu. Niestety, póki co, czekają one na sesje fotograficzną. „Ale jak to?” zapytacie. Robię zdjęcia, a nadal nie zebrałam się na sesję ubrań? Fotografie, które robię, czyli głównie makro, nijak się mają do zdjęć produktowych ubrań.

Na razie mogę odnotować minimalny sukces, bo wczoraj zrobiłam zdjęcia kilku par butów, które wystawiłam na Allegro. Póki co bez odzewu, ale też mam świadomość w jakim stanie są te buty. Więc może być ciężko z ich sprzedażą, chociażby za symboliczną kwotę. Tym się akurat nie przejmuję, bo w najgorszym wypadku pozbędę się ich w tradycyjny sposób.

Jednak mam nadzieję, że ze sprzedażą ubrań pójdzie mi trochę lepiej, bo i są one w dużo lepszym stanie. Niech tylko nie braknie mi energii na ogarnięcie tego tematu. Mocno wierzę, że kilka dni urlopu w okresie okołoświątecznym, będzie na to dobrym czasem. Z resztą, nie tylko na to…

Tymczasem, życzę wszystkim dużo zdrowia i spokoju w tych szalonych czasach. Abyście nie byli ofiarami takiego braku energii jak ja!