Potknięcia minimalistki

Bycie minimalistą nie jest łatwe. Mimo wielu zalet, ta postawa ma też swoje wymagania. Często trzeba myśleć o tym co się robi i dlaczego się to robi. Dlaczego się coś kupuje albo nie. Albo dlaczego nie warto już widywać się z określonymi osobami. I czemu warto czasami podejmować trudne decyzje i zmieniać swoje życie. Jednak nawet najlepszym zdarzają się potknięcia. I dziś o kilku moich.

Potknięcia zakupowo-ubraniowe

O nich chyba jest mi najłatwiej pisać. I najtrudniej jednocześnie. Ponieważ mimo mojego wyzwania #nonshopping, dokonałam kilku zakupów. Nie mogę powiedzieć, że wszystkie są zbędne i niepotrzebne, jednak na pewno mogłabym się bez nich obejść.

Zwłaszcza, że mówimy o zakupach ubraniowych. W związku z tym muszę przyznać, że w ostatnich kilku miesiącach moją szafę zasiliło kilka par spodni, jakaś sukienka, buty i koszulka. Albo kilka koszulek – najgorsze jest to, że nie pamiętam 🙂 Ale może dlatego, że faktycznie jest tylko jedna.

Oczywiście, że żaden z tych zakupów nie był mi niezbędny. No może poza butami, ponieważ postanowiłam w tym roku zainwestować w parę, która /mam nadzieję/ nie rozwali mi się za kilka miesięcy. Ale dobre skórzane buty uważam za dość sensowny zakup. I być może uchroni mnie przed kolejnymi potknięciami wynikającymi z zakupem tanich butów co sezon.

Co do pozostałych części garderoby, tak jak wspomniałam, nie były niezbędne, jednak… dorastam i starzeję się. W związku z tym, zmienia się też mój styl, z którym mam ochotę bardziej eksperymentować. Już nie zawsze jeansy i czarny T-shirt mi wystarczają. Dzięki temu, moja szafa jest trochę bardziej różnorodna. Ale wciąż raczej wszystko do siebie pasuje.

Potknięcia na dodatkach

Kolejną, chyba naprawdę zbędną rzeczą, którą niedawno kupiłam, jest plakat na ścianę z motywującym napisem. Co prawda nie powiedziałabym, że napis jest najbardziej motywujący na świecie, ale sam plakat bardzo mi się spodobał i mam wrażenie, że wprowadza trochę koloru i życia do mojego pokoju. No i miałam kawałek ściany do zagospodarowania.

Następne na liście będą ramki na zdjęcia. Faktycznie, jestem przeciwniczką durnostojek, ale wiek robi swoje… robię się chyba coraz bardziej sentymentalna. Ponadto, trochę się u mnie dzieje. Trochę zwiedzam świata (no dobra, póki co Europy) i dorasta nowe pokolenie, dla którego chcę być fajną ciocią. Więc miło będzie umieścić zdjęcia kilku uśmiechniętych twarzyczek lub ciekawych widoków u siebie w pokoju.

Co prawda, miejsce na ramki miało być na regale, który kupiłam na książki. No i te same książki wyczerpały to miejsce – mimo, że pozbyłam się dużej części swojej „kolekcji”. One i terrarium z wężem, który idealnie się wpasował na regał. Na szczęście, bo miałam problem ze znalezieniem miejsca dla obu gadów. Póki co, problem został zażegany. Myśleć będę, gdy oba węże urosną i będą potrzebować więcej przestrzeni. Ale nadal wierzę, że do tego czasu zorganizuje sobie już własne M.

Ale chyba największym moim hitem zakupowym jest stojący wieszak na ubrania. Wiecie, taka poprzeczka na wspornikach. Och, jak się cieszyłam z tego zakupu. Dopóki go nie złożyłam i nie okazało się, że jest za duży na jakiekolwiek ustawienie w moim pokoju. Więc stoi sobie na razie biedak, prawie na środku i czeka, aż zrobię zdjęcia ubrań przeznaczonych na sprzedaż.

Sprzedaż też mi nie idzie

Oficjalna wersja zdarzeń jest taka: wieszak, o którym pisałam wyżej, kupiłam po to, aby lepiej było mi robić zdjęcia ubrań, butów i dodatków, które chcę przeznaczyć na sprzedaż. Ale wieszak stoi, a zdjęć żadnych nie było. A ja o wieszak się tylko potykam. W zasadzie mam na to jakieś usprawiedliwienie.

Otóż, odkąd chodzę na kurs fotograficzny, o którym wspominałam w poprzednim wpisie, wiem już jak słaby mam aparat. Niestety, mam go już kilka lat i w tym czasie parametry tych urządzeń mocno skoczyły. Mój dziadek natomiast zatrzymał się np. na ISO 1600. A to znaczy, że trudno byłoby mi zrobić dobre zdjęcie przy sztucznym świetle. Takie bez przekłamania kolorów ubrań i bez ziarna na obrazie.

Konsekwencje tego są takie, że dobre i satysfakcjonujące zdjęcia będę mogła zrobić dopiero w świetle słonecznym. A mamy zimę. Więc słońce jest wtedy, gdy siedzę w pracy. Z kolei każdy weekend od kilku tygodni mam zajęty – głównie przez wyjazdy. Dlatego czekam na jakiś luźniejszy weekend, który jakoś nie chce nadejść. Myślałam, że ten najbliższy taki będzie, ale najprawdopodobniej nie. Cóż, może wyrobię się przed końcem roku ze sprzedażą tych rzeczy. Motywuje mnie to, że jak zrobię im zdjęcia, będę mogła złożyć wieszak i go schować.

Czy te potknięcia to wielkie tragedie? Myślę, że nie. Jednak skoro podjęłam się pisania na temat minimalizmu, uważam, że powinnam być w tym szczera. Nie mogę zachowywać takich błędów dla siebie, tylko dlatego, żeby lepiej w Waszych oczach wypaść jako minimalistka. Jednocześnie z każdego tego aspektu staram się wyciągać wnioski i ulepszać swoje postępowanie przy każdej okazji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *