Witajcie. Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Robiliście jakieś? Ja jak zawsze mam ogólny zarys, ale próbuję nie podchodzić do tego zero-jedynkowo. Natomiast wszystko co planuję zrobić, zapisuję: sprzątanie, segregowanie, sprzedaż zbędnych przedmiotów, rozwój dodatkowej działalności. Ale po kolei…

Minimalistyczny zryw

Ok. Muszę być szczera. Mimo że minimalizm cały czas mi przyświeca przy zakupach ubraniowo-kosmetycznych, porządkowanie zalegających rzeczy nie jest u mnie czymś występującym za często. Do tej pory kilkukrotnie zabierałam się za segregowanie ubrań, ale zazwyczaj kończyło się to fiaskiem. Nadal mam ten głupi zwyczaj zostawiania ubrań na dochodzenie ich w domu.

Swoje sumienie uspokajam tym, że przedłużam ich żywot i „sens istnienia”. Jednak w czasie tych dwóch lat prowadzenia bloga, nastąpiła we mnie ogromna zmiana w podejściu do ubrań. A w zasadzie do sposobu ich kupowania. Owszem, dalej poluje bardziej na promocje niż kupuje w regularnej cenie. Natomiast, duuuużo rzadziej buszuje po sklepach i stronach internetowych w celach zakupowym.

(Jasne… czasy są jakie są, więc ograniczone buszowanie po sklepach wymuszone jest ich zamknięciem. Choć przecież sklepy ubraniowe mieszczą się nie tylko w Galeriach i Centrach Handlowych. Nie zapominajmy o tych mniejszych, lokalnych miejscach, gdzie również, a może przede wszystkim, kupimy świetne, oryginalne ubrania dobrej jakości).

Ale, ale… nadszedł dziś wielki dzień. Dzień wolny od pracy i przepełniony zapałem do działania. Choć takie segregowanie planowałam zrobić już kilka dni temu, ciągle coś mi wypadało. Jednak nie dziś! To był wyjątkowy dzień dla mojej kolekcji butów.

Segregowanie, segregowanie

Ta jedna szafka w przedpokoju, była jak zapomniana wyspa. Wkładałam tam buty i zapominałam o ich istnieniu. I tak od niemal 6 lat. A buty, które się w niej znajdowały miałam jeszcze dłużej. Nie pamiętam ile par butów wyrzuciłam w tym czasie, ale na pewno nie tyle, ile miałam schowanych w tej szafce.

Choć nie. Raz podjęłam się jej przeglądu i wyrzuceniu zbędnych par. Jak wyżej wspomniałam – skończyło się fiaskiem. Bo mooooożeeee jeszcze którąś parę butów założę. Mooożee… minęło kilka lat i tak sobie tam tkwiły. Ale nigdy więcej.

Od dziś zostało mi w niej 4 pary. Same adidasy na doniszczenie. Jedne do biegania. Choć je z pewnością niedługo będę musiała wymienić. Ale póki nie kupię nowych, nie chcę mieć pretekstu: Nie biegam, bo nie mam butów. Prawda jest taka, że nie biegam, bo mi się nie chce. Ale to już historia na zupełnie inny wpis.

Do kosza dziś trafi 20 par butów. A w zasadzie do kontenera na odzież. Mam nadzieję, że zostaną jakoś sensownie wykorzystane, chociażby na czyściwo. Nie chcę ich nigdzie oddawać, bo są zbyt zniszczone, aby kogoś nimi uszczęśliwić. Do butów dołączyły również dwie zniszczone torebki.

Czy faktycznie jestem minimalistką?

Być może takie pytanie zrodzi się Wam w tym momencie. W końcu te ponad dwadzieścia par butów do dużo. Dodać do tego należy te kilka, które sobie zostawiam. Oraz kilka kolejnych, w lepszym stanie, które chcę posłać dalej poprzez sprzedaż.

Nie będę ukrywać, że mój minimalizm to przede wszystkim minimalizm w niepotrzebnych kontaktach społecznych. To minimum wystroju – choć żyjąc na kilku metrach kwadratowych, bywa z tym trudno. Ale dzielnie (mam nadzieję) walczę. To ograniczenia w kupowaniu na zapas oraz powielaniu rzeczy, które posiadam.

Myślę, że mój minimalizm dojrzewa. W tym momencie bez wątpienia zamienię te prawie trzydzieści par butów na trzy, cztery, może pięć par, które dopełnią mi moje outfity na każdą okazję. W najbliższym czasie na pewno też wystawię sporą część mojej garderoby na sprzedaż, powielając ten schemat.

Sprzedaż nadmiaru butów

Na ten moment mój pomysł jest prosty. Zrobiłam zdjęcia wszystkim parom butów, które chcę sprzedaż i dodałam je na swoim Facebooku oraz Instagramie oraz skorzystałam z facebook’owego Marketplace. Czy to przyniesie jakieś rezultaty? Nie wiem. Robię to pierwszy raz. Ale jak ktoś mnie zna trochę lepiej, wie, że w takim wypadku powiem tylko jedno: Nie spróbuję, to nie będę wiedzieć.

Jeśli ten plan zawiedzie, rozszerzę strefę działań na inne popularne platformy sprzedażowe. Liczę, że w ten sposób pozbędę się tych butów, ponieważ bez wątpienia nie chcę ich wyrzucać. Są w takim stanie, że na pewno będą mogły jeszcze komuś posłużyć.

Na pewno w jakimś kolejnym wpisie dam Wam znać jak poszło – być może ta wiedza przysłuży się komuś, z podobnym problemem do mojego. Może też stworzę wówczas jakąś listę ze wskazówkami gdzie i jak warto sprzedawać.

Asertywność pomaga minimalistom

To jest jeden z moich głównych wniosków związanych z minimalizmem. Nie da się być minimalistą, gdy nie jest się osobą asertywną. Przykłady na tę tezę mam dwa: Ja i moja Mama.

Nie od zawsze byłam asertywna. Często brakowało mi tej cechy, zwłaszcza, gdy nie chciałam być niemiła odmawiając komuś racji, pomocy czy innych kwestii tego typu. Dochodziło wówczas do sytuacji, gdy kupowałam np. ubrania, bo komuś się podobały, nawet gdy nie czułam się w nich najlepiej.

Te same ubrania potem wisiały u mnie w szafie (lub nadal wiszą, czekając na wystawienie na sprzedaż), nie ubrane ani razu. Nie raz czułam na siebie przez to złość. Jednak przyszedł ten moment, gdy faktycznie nauczyłam się ignorować takie „dobre rady”. Teraz idąc do sklepu z tymi samymi doradcami i tak nie kupię rzeczy, która mnie nie interesuje. Niewielka zmiana w myśleniu, a przyniosła mi naprawdę wymierne korzyści.

Z drugiej strony mam moją Mamę, która chyba na zawsze zostanie osobą nieumiejącą odmawiać, gdy ktoś w dobrej wierze daje jej różne przedmioty, zwłaszcza ubrania. Potem zostaje z tymi wszystkimi, mniej lub więcej wartymi (za przeproszeniem) szmatami. Mimo że, jak wiele osób jej podobnych, z przyzwyczajenia chodzi tylko w „kilku”. Reszta zalega, czekając na takie zrywy, jak ten mój dzisiaj.

Niby podobieństwo jest duże. Niestety, mam wrażenie, że moja Mama zostanie z tym problemem już na zawsze. Ja na szczęście uporałam się z nim jakiś czas temu. Ale choć bardzo chciałabym zmienić podejście mojej Mamy, straciłam do tego wiarę.

Słowo na styczeń: ENTUZJAZM. I segregowanie

Kilka dni temu pisałam o książce, którą czytałam w na świątecznym urlopie. Była to książka „Dodatkowe źródło dochodu w 27 dni”, a cały wpis znajduje się tu. Mogłabym napisać jeszcze wiele na jej temat, ale najważniejsze jest to, że dała mi ogromnego kopa do działania.

Jak wspomniałam w tamtym wpisie, w trakcie jej lektury wpadł mi do głowy pewien pomysł. Co najważniejsze, poza tym, że tam wpadł, to również został i cały czas się rozwija. Pomimo tego, że natknęłam się na niewielkie utrudnienia – brak potrzebnego sprzętu, przez co realizacja przesunie się o kilka tygodni. Ale takie to już jest to moje zezowate szczęście.

Co jednak najważniejsze, dawno już nie czułam takiego entuzjazmu do działania. Mam wrażenie, że mógłby być niemal zaraźliwy. To właśnie on pozwala mi działać na zwiększonych obrotach i zajmować się rzeczami, które zlewałam tyle czasu. Doskonałym przykładem jest dzisiejsze segregowanie. A tych z kolei czeka mnie jeszcze kilka.

Mam wrażenie, że muszę uporządkować stare, aby zacząć z nowym. A NOWE zapowiada się naprawdę ekscytująco! Stay tuned!

A tak przy okazji, dziś drugie urodziny bloga. Życzę sobie częstszych wpisów oraz więcej czytających 🙂 A dotychczasowym Gościom bardzo dziękuję za obecność 🙂

P.S.

Tutaj napomknę jeszcze o jednym plusie przeglądania i segregacji takich zalegających rzeczy. W moim wypadku torebek. W kieszeniach można czasami znaleźć drobniaki, które często jakimś cudem „latają” sobie po dnie (u mnie zawsze). Dziś po takim przeglądzie zebrałam kilka złotych. Będzie na czekoladę 😀