We wpisie „Żegnam” 2019 rok wspomniałam i kilku innych wpisach, „pochwaliłam” się, że zapisałam się na kurs fotograficzny, który skończyłam w połowie grudnia 2019r. Dlatego dziś chciałam napisać kilka słów właśnie o tym kursie oraz o tym, jak na mnie wpłynął. Być może te kilka słów ode mnie pomoże komuś z Was podjąć decyzję o wzięciu udziału w tym bądź podobnym kursie.

Decyzja o zapisie

Niejednokrotnie wspominałam, iż bardzo lubię uczyć się nowych rzeczy. To pozwala mi się zarówno rozwijać, jak i ćwiczyć mózg. Ponadto lubię mieć możliwość porozmawiania z różnymi ludźmi na różne tematy. Dlatego też, gdy tylko zrobiło się trochę luźniej w moim życiu zawodowym, zaczęłam sobie szukać twórczego i rozwijającego zajęcia na popołudnia po pracy.

W zasadzie od razu wpadł mi do głowy kurs fotografii, ponieważ już od dawna próbowałam opanować umiejętność ustawiania parametrów ucząc się z filmików na YT. Może trochę wstyd się przyznać 🙂 ale mimo że rozumiałam teorię, w praktyce różnie to wychodziło. Dlatego stwierdziłam, że może na takich zajęciach, będzie mi łatwiej opanować pracę z ustawieniami aparatu.

Zrobiłam niewielki research i mój wybór padł na Akademię Fotografii. Oczywiście wybrałam kurs podstawowy. W Krakowie organizowanych jest sporo kursów, jednak w tym wypadku przekonywała mnie zarówno tematyka, rozpiska spotkań jak i całkiem znośna cena.

Kilka słów o kursie

Wszystko co napiszę o wspomnianym kursie, jest moją subiektywną opinią. Nie jestem w stanie ocenić poziomu i jakości pozostałych zajęć. Myślę jednak, że gdzieś w internecie można znaleźć opinie na ich temat.

Kurs podstawowy organizowany przez krakowską Akademię Fotografii, podzielony jest na cztery tematyczne bloki. Blok A – obsługa aparatu – to proste wyjaśnienie podstawowych ustawień aparatu. Mówiąc inaczej – dowiadujemy się m.in. co znaczy i jak wpływa na zdjęcie ISO, czas ekspozycji oraz przysłona. Blok B – estetyka fotografii – to m.in. omówienie zdjęć zrobionych przez różnych fotografów. Efektów, które osiągnęli oraz uczuć, jakie mogą wywoływać odpowiednio skomponowane zdjęcia. Blok C – fotografia portretowa – jak sama nazwa wskazuje, to omówienie zasad robienia portretów. Oraz wykonywanie portretów. Blok D – podstawy obróbki cyfrowej – nic innego, jak nauka korzystania z Lightrooma przy obróbce zdjęcia.

W zasadzie każdy blok składał się z części teoretycznej i praktycznej. Czyli najpierw omówienie tematu i zasad, potem ćwiczenia z aparatem. Wyjątkiem była obróbka. Jednak jest to zrozumiałe, bo obsługi programu komputerowego najlepiej uczyć się używając go. Co ważne, szkoła udostępnia aparaty, zatem nie ma potrzeby zabierania swojego sprzętu, bądź kupowanie specjalnie aparatu. Uważam, że jest to duży plus, ponieważ zanim zainwestujemy we własny sprzęt, możemy się przekonać czy ta zabawa jest w ogóle dla nas.

Przebieg zajęć

Nie wiem, czy każda edycja zajęć ma swojego prowadzącego, czy się zmieniają. W „moim” wypadku, pierwsze zajęcia były prowadzone przez kogoś innego, niż wszystkie pozostałe. W zasadzie nie miało to wpływu na ogólny przebieg kursu. Mogę jednak powiedzieć, że zarówno jeden jak i drugi prowadzący mieli wystarczającą wiedzę, aby móc przekazać ją takim laikom jak ja i pozostali kursanci.

Ponieważ kurs odbywa się w niewielkich, kilkuosobowych grupach, każdy ma możliwość zadawać pytania do woli. Prowadzący też chętnie na nie odpowiadają. Jedyny mały zgrzyt dla mnie, to zaplanowanie zajęć. Być może inni prowadzący mają to bardziej poukładane. Jednak u nas w ramach danego bloku, tematy były omawiane dość skokowo. Może nie dla każdego będzie to wada. Jednak osobiście wolałabym, aby prowadzący miał swój konspekt, na bazie którego prowadziłby zajęcia. Dzięki temu nie miałabym wrażenia, że jeśli o czymś sobie nie przypomniał w trakcie zajęć, to po prostu tego nie omówił.

Jak wspomniałam, wszystkie bloki dzieliły się na część teoretyczną i praktyczną. W bloku A ćwiczyliśmy osiąganie różnych efektów za pomocą zmiany parametrów. Blok B wymagał od nas wyjścia na krakowskie ulice i robienie zdjęć spełniających narzucone przez prowadzącego kryteria. Natomiast przy fotografii portretowej spędziliśmy całe zajęcia w studiu z modelką. Zajęcia te pokazały nam to, jaki sprzęt jest potrzebny w tym typie fotografii. Lecz przede wszystkim to, jak wygląda praca z żywym człowiekiem.

Mała sugestia – ze względu na zajęcia „wychodzone” sugeruję zapisywać się na kurs w cieplejszych miesiącach. Co prawda, nam pogoda się w miarę udała, mimo grudnia. Ale było na tyle zimno, że udało mi się zmarznąć. Na plus zasługuje to, że prowadzący uprzedza o wyjściu, zatem można się przygotować poprzez odpowiednią ilość odzieży.

Na koniec każdy uczestnik otrzymał certyfikat świadczący o ukończeniu kursu. Całkiem przyjemna pamiątka.

Co po kursie

Moim pierwszym wnioskiem po kursie, było utwierdzenie mnie w przekonaniu, że niekoniecznie jest to dla mnie. Nie dlatego, że był źle prowadzony. Dlatego, że o ile łatwo było mi załapać o co chodzi z techniczną stroną robienia zdjęć, to z uchwyceniem odpowiedniego momentu czy dobrą kompozycją, mam pewne problemy.

Jednak nie byłabym sobą, gdybym poddała się tak łatwo. Od czasu zakończenia kursu, staram się regularnie wybierać w plener i ćwiczyć robienie zdjęć. W międzyczasie, zmówiłam się ze znajomym, który również „bawi się” w tym temacie. Dzięki temu mam większą motywację do fotografowania.

I stało się to… złapałam bakcyla. Takiego, że kilka dni temu kupiłam bezlusterkowca – Canona M50. Mój dotychczasowy aparat, czyli Canon 400D, również ma swoje dni chwały. Do tego trochę dodatkowego osprzętu. I faktycznie mogę powiedzieć, że robienie i obróbka zdjęć zaczęły mnie cieszyć.

Zarówno obrazek wyróżniający, jak i wszystkie zdjęcia poniżej, są zrobione przeze mnie. Doskonale zdaję sobie sprawę, że do ideału im daleko, jednak w pewnym sensie jestem z nich dumna. Dopiero szukam swojego stylu. Jednocześnie widzę, jak kilka pozytywnych zmian fotografia wniosła w moje życie. Przede wszystkim, każde wyjście wiąże się z obserwacją. Ludzi, scen, budynków, elementów rzeczywistości. Moje oko szuka dobrych ujęć.

Ponadto, po prostu, więcej spaceruję. Myślę, że małe są szanse na zrobienie dobrych zdjęć z samochodu. Trzeba wziąć aparat do ręki, wyjść i powchodzić w różne zakamarki miasta, aby odkryć w nim to, co najciekawsze. Choć nie zawsze najpiękniejsze. Przy okazji zapewne poznam wiele ciekawych miejsc, do których bez aparatu bym nie dotarła. Bo nie miałabym po co.

Myślę, że nie mogłabym znaleźć sobie lepszej zajawki w nowym roku, niż fotografia.

Kopiec Krakusa
Willa Mira – mój ulubiony budynek na Podgórzu. A w tle wieża tamtejszego kościoła
Kazimierz
Zachód słońca na Rynku