Hmm… nie mam zamiaru nagle zmienić tematyki bloga na całkiem fotograficzną. Jednak uznałam, że skoro jest to temat, który obecnie mocno mnie pochłania, może pozwoli mi wrócić do regularnego pisania. I może trafi tu kiedyś ktoś, komu przyda się te moje kilka wniosków na temat Canona M50. Zwłaszcza, że sama wielu tych informacji nie znalazłam nigdzie w Internecie.

Canon M50 to zabawka dla amatora

Często można odnieść takie wrażenie, czytając różne fora i opinie na temat tego aparatu. No i widząc ten aparat na żywo. Na pierwszy rzut oka, faktycznie można pomyśleć, że jest to niepoważny aparat i nie przystoi prawdziwemu fotografowi. I być może jest z tym ziarno prawdy.

Ostatnimi czasy miałam do czynienia z innymi, półprofesjonalnymi aparatami. Każdy z nich „bije” M50 wagą i wielkością na głowę. Ale czy na pewno jest to wada Canona? Jako kobieta z raczej drobnymi dłońmi, uważam, że nie. Oczywiście, muszę zaznaczyć, że M50 jest bezlusterkowcem, a pozostałe aparaty, o których wspominam, to lustrzanki. Jednak skupmy się na samym M50.

Nie będę się tu rozpisywać na temat specyfikacji tego sprzętu. Wszystkie parametry można znaleźć na oficjalnej stronie Canona. W dużym skrócie:

  • matryca o rozdzielczości 24,1 MP
  • wymiary (szer. × wys. × dł.): 116,3 × 88,1 × 58,7 mm
  • waga: 390 gram
  • dotykowy odwracany ekran
  • programowalne przyciski
  • możliwość nagrywania w 4K
  • zakres ISO od 100 do 25600 (z możliwością rozszerzenia do 512000)
  • itp. itd.

Mogłabym skopiować tu wszystkie pozostałe parametry, ale nie o to w tym chodzi. Skupmy się na tym, co najważniejsze.

Monitor LCD

Jest to coś, za co absolutnie uwielbiam ten aparat. Jak wspomniałam wyżej, jest obracany i dotykowy. Dzięki temu, że ekran jest obracany, mogę robić zdjęcia z totalnie różnych perspektyw, np. z poziomu ziemi lub trzymając go nad głową, nie martwiąc się, że nie złapie w kadrze tego, co chcę sfotografować. Gdy dodamy do tego dotykowy ekran, który łapie ostrość dokładnie w miejscu, gdzie wskazujemy palcem, możemy niemal całkowicie kontrolować to, co dzieje się na zdjęciu. Oczywiście, może zdarzyć się, że sam kadr się zmieni. Ale widząc to na ekranie, możemy dość szybko zareagować.

Generalnie z poziomu monitora, możemy ustawiać wszystkie parametry, takie jak przysłona czy ISO, włączać/wyłączać lampę błyskową, „na żywo” podglądać histogram, a nawet wyzwalać migawkę (i wiele więcej). Ja co prawda raczej nie korzystam z tych udogodnień, ponieważ wygodniej używać mi przycisków. Jednak zapewne znajdą się osoby, dla których będzie to dość wygodne rozwiązanie.

Również dla wielu użytkowników, w tym mnie, obracany ekran będzie miał kolejną zaletę – świetnie nadaje się do autoportretów i zapewne nagrywania vlogów (z tej drugiej opcji nie korzystałam). Jednakże, w moim przypadku, do autoportretów „sprawdza się” również

Aplikacja

Sprawdza się” nieprzypadkowo zapisałam w cudzysłowiu. Myślę, że jako zamysł, aplikacja jest bardzo fajnym rozwiązaniem. Jednak samo wykonanie, wygląda nieco gorzej. Muszę przyznać, że kwestia połączenia aparatu z telefonem doprowadza mnie do szału. Niestety, nie jestem w stanie powiedzieć, czy to wina aparatu, telefonu czy samej aplikacji. /Nie wiem, czy to robi jakąś różnicę, ale telefon to Samsung A50./

Aplikacja, której używam to Camera Connect i jeśli dobrze kojarzę, jest to oficjalna apka Canona. Po odpaleniu aplikacji, możemy włączyć coś takiego jak Easy Connection Guide, który jest przydatny może przy pierwszych dwóch próbach. Potem i tak musimy czekać, aż telefon/ aparat/ aplikacja się namyślą.

W ten sposób możemy podłączyć oba urządzenia poprzez WIFI. Jest to o tyle fajne, że dzięki takiemu rozwiązaniu możemy włączyć podgląd na żywo w telefonie. Dla mnie, jako krótkowidza, jest to mega wygodne, ponieważ większości rzeczy i tak nie zauważę w ekranie aparatu, który stoi gdzieś przede mna. Ale… takie połączenie jest taaaak wolne, że opóźnienie obrazu wynosi co najmniej kilka sekund. A to znaczy tyle, że możecie podejrzeć czy ostrość jest we właściwym miejscu i czy kadr jest w miarę OK. Ale podglądem na żywo zdecydowanie nie da się tego nazwać.

Aplikacja pozwala również wyzwalać migawkę, tj. robić zdjęcie. Jednak tu znowu mamy do czynienia z tak tragicznym opóźnieniem, że kadr zmieni się kilka razy, zanim zdjęcie zostanie zrobione. Czasami mam wrażenie, że coś się zwiesza i naciskam migawkę ponownie. Jednak efekt jest taki, że dostaję randomowe zdjęcia zrobione w randomowej serii. Niefajne.

Rozwiązaniem tego problemu, jest połączenie aparatu z telefonem poprzez Bluetooth. W ten sposób migawka reaguje dużo szybciej, a w zasadzie chyba nawet od razu. Jednak nie mamy wówczas możliwości podglądu kadru. Tak więc, coś za coś. Sami musimy zdecydować, co w danym momencie jest dla nas ważniejsze.

Waga i wielkość M50

Trochę wcześniej wspomniałam o tym, jakim Canon M50 jest małym aparatem. Dla mnie jest to jego absolutna zaleta. Można go nosić w torebce/ plecaku i niemal nie czuć jego obecności. Jego waga jest mniejsza niż sporej części obiektywów, mniej lub bardziej profesjonalnych. Zestaw z kitowym obiektywem naprawdę wygląda jak zabawka. Tyle, że ma całkiem spore możliwości fotograficzne.

Aczkolwiek, prawdziwa zabawa zaczyna się, gdy postanowimy odłączyć kitowy obiektyw i podłączyć coś bardziej „ambitnego”. (No dobra, w moim przypadku, wciąż są to obiektywy dla amatorów).

Najważniejsze, o czym trzeba pamiętać, dobierając szkło do M50, to to, że pasują do niego obiektywy z mocowaniem EOS-M. A takich niestety nie ma wiele w „stajni” Canona. Rozwiązaniem tego problemu jest zakup adaptera, umożliwiającego podpięcie obiektywów z mocowaniem EF-S.

Jaka jest wada takiego rozwiązania? Niemal podwaja wagę aparatu. Serio, adapter waży naprawdę sporo i po jego podłączeniu nasza zabaweczka zamienia się w nieco cięższą zabawkę. Nie jest to największy problem świata, jednak wg mnie, Canon traci przez to nieco swojego uroku. I tak, wiem, urok nie jest najważniejszy w tym wypadku, ale jako baba zwracam na to uwagę.

Weźmy też pod uwagę, że podpięcie adaptera to tylko część zabawy. Do tego musimy dodać jeszcze sam obiektyw. A z moich doświadczeń wynika, że te z podpięciem EF-S są sporo cięższe od tych dedykowanych EOS-M. Niestety, co do tego nie mam pewności, więc proszę, nie uznajcie tego za regułę.

Jednak najważniejsza kwestia, jaka wiąże się z adapterem, to to, że umożliwia on podpięcie naprawdę ogromnej ilości obiektywów. A te do Canona tworzy nie tylko wspomniany, ale również takie firmy jak Sigma, Tokina czy Tamron. Dodajmy do tego kolejny adapter chociażby na szkła z mocowaniem M42… i ogranicza nas tylko budżet 🙂

Wady M50

Oczywiście, wszystko je ma. Więc parę wad M50 chyba też wymyślę. Co z mojego punktu widzenia i poziomu wiedzy, będzie ciężkie. Jednakże, coś się znajdzie. Mianowicie… Aparat ma możliwość ustawienia wysokiego ISO (co pozwala robić zdjęcie niemal ciemności), ale jak wskazują testy, użyteczne jest na poziomie ok. 1600 (o ile dobrze pamiętam). Powyżej tej wartości, obraz jest mocno ziarnisty. Zatem wysoki zakres, który możemy ustawić, często jest po prostu nieprzydatny. Chyba, że chcemy osiągnąć konkretny efekt na zdjęciach.

M50 jest bardzo małym aparatem z małym gripem (miejscem na palce z przodu). A to znaczy, że jest spisany na straty wśród dużej części fotografów-mężczyzn z dużymi dłońmi, gdyż niewygodnie im go trzymać. Co prawda, wydaje mi się, że widziałam gripy (obudowy?), które mają pomóc rozwiązać ten problem, ale znowu jest to dodawanie wagi i rozmiarów do aparatu.

Zdecydowaną wadą jest kwestia połączenia M50 z telefonem poprzez aplikację. Jeśli założę, że podobny problem z „muleniem” jak ja, mają inny użytkownicy, to użyteczność apki mocno spada. Tak, jak moje chęci do odpalania jej. Choć potencjał jest całkiem konkretny.

Myślę, że kolejną wadą M50, jak i wszystkim bezlusterkowców, jest wizjer cyfrowy. Oznacza to, że jeśli popatrzymy w wizjer, nie widzimy realnego obrazu (odbitego jak w lustrzance), tylko jego cyfrowy odpowiednik. Osobiście, czuję się dziwnie patrząc w wizjer, zwłaszcza, że mam wrażenie, że obraz w nim tak jakby „przeskakuje”. Uważam to, za mega uciążliwe. Ale taki urok tego typu aparatów.

Bateria… o tym akurat sporo pisze się w internecie. Bateria w M50 to istna tragedia. Osobiście tego nie sprawdzałam, ale wiele testów wskazuje na jej wytrzymałość rzędu ok. 300 zdjęć. Wydaje się sporo, ale w rzeczywistości, to prawie nic. Do tego wskaźnik baterii, wg mnie, nieco przekłamuje. Zdarza się, że wskazuje naładowanie baterii do połowy, a ona siada po kilku zdjęciach. Dlatego zawsze, gdy planuję wypad na fotki, staram się pamiętać, aby bateria była naładowana w pełni. No i muszę w końcu kupić na zapas.

Podsumowanie

Jakie zdjęcia robi M50? Jako laik mogę powiedzieć, że całkiem dobre. Wiem, że w dużej części nie wykorzystuję w pełni możliwości tego aparatu. Bo po pierwsze nie kręcę filmów (do czego ponoć M50 nadaje się świetnie), a po drugie, z aparatu wyciągam jedynie RAWy, które potem i tak obrabiam w Lightroomie.

Do tego, nie korzystam z trybów i filtrów robienia zdjęć, które można wybrać w samym aparacie. Znaczy to tyle, że już z jego poziomu możemy ustawić, aby zdjęcia były czarno-białe lub ziarniste, bądź udoskonalone innym efektem. Choć może kiedyś z nudów pobawię się w zdjęcia HDR.

Jako zaletę M50, często podaje się możliwość programowania przycisków. Jeszcze przed zakupem aparatu, uważałam to za super bajer i rozszerzenie możliwości. Natomiast po tych kilku miesiącach użytkowania mogę napisać, że nawet się tym nie zainteresowałam. Na mój gust, wszystkie przyciski są całkiem sensownie zaprogramowane i mam pod ręką wszystko czego mi trzeba. Ustawień parametrów nauczyłam się na pamięć i nie muszę odrywać oczu od wizjera/ekranu, żeby ustawić sobie odpowiednią przysłonę lub czas naświetlania.

Jeszcze raz na koniec podkreślę, że jestem amatorem. Zdjęcia robię od ok. roku i zdecydowanie większość tego czasu używam Canona M50. Jestem zachwycona tym aparatem, choć nie wykluczam, że to przez brak porównania z innymi sprzętami podobnej klasy. Obecnie powoli wdrażam się w pracę z Nikonem D600, który pewnie też za jakiś czas (rok?) zostanie podobnie zrecenzowany. Póki co M50 pozostaje moim numerem jeden.